PUNTA ARENAS

Są takie miasta na świecie, które oprócz dogodnych przesiadek na dworcach i lotniskach nie mają turystom do zaoferowania nic więcej. Mogą jeszcze ewentualnie posłużyć jako sypialnia w drodze do czegoś znacznie atrakcyjniejszego. W Patagonii takich miast jest całkiem sporo. Tam rządzi nieokiełznana natura. Niskie blaszane domki, bardziej przypominające garaże niż budynki mieszkalne, nie są w stanie konkurować z tym, co oferuje przyroda. Trudno się temu dziwić.

Z takim nastawieniem pojechałam do Punta Arenas – największego miasta chilijskiej Antarktyki. Położone nad Cieśniną Magellana, stanowi idealną bazę wypadową do zwiedzania wysp świętych Marii i Magdaleny, gdzie można obserwować kolonie pingwinów i lwów morskich, a także świetny hub przesiadkowy dla chętnych na trekking w Torres del Paine.

Mało kto zawraca sobie głowę, żeby wyjść na miasto i zobaczyć okolicę inną niż droga z hostelu do agencji turystycznej. A szkoda. Punta Arenas, wbrew obiegowej opinii, ma do zaoferowania trochę więcej niż lotnisko i Plaza de Armas obstawione biurami podróży oraz straganami z owczymi pamiątkami.

Prawdę powiedziawszy, sama również nie miałam zamiaru zostawać tam dłużej niż potrzeba. Los jednak zdecydował za mnie i w Punta Arenas spędziłam niemal 4 dni. Obrałam to miasto było ostatni przystanek na mojej rowerowej trasie przez Patagonię. To właśnie tam postanowiłam spieniężyć mój jednoślad i na Ziemię Ognistą ruszyć już bez niego, ale za to z całkiem przydatną w tych rejonach gotówką.
Niestety okazało się, że sprzedaż roweru w miejscu, gdzie istnieje króluje strefa bezcłowa (Zona Franca), nie było zbyt rozsądnym pomysłem. Pomimo że dwoiłam się i troiłam, chętnych na zakup mojego nieco już wysłużonego pojazdu nie było wielu. Ostatecznie rower sprzedałam właścicielowi hostelu, w którym spałam a kilka dni oczekiwania na transakcję spożytkowałam eksplorując miasto.

Nie myślcie sobie tylko, że za chwilę udowodnię Wam, jakoby Punta Arenas aspirowało do miana chilijskiego Buenos Aires. Nawet przy dobrych chęciach ciężko by mi było tego dokonać. Oprócz kilkunastu domów uciech na jednej z głównych ulic miasta, nie ma tu zbyt wielu rozrywek w powszechnym rozumieniu tego słowa.

 

Jest jednak w tym mieście coś wyjątkowego, coś co odróżniania je od innych patagońskich miejscowości. I choć trudno skategoryzować tę inność, Punta Arenas na długo pozostanie w mojej pamięci.

Znaczący wpływ na lokalną specyfikę ma z pewnością położenie nad Cieśniną Magellana i związana z tym historia miasta, które tuż przed wybudowaniem Kanału Panamskiego stanowiło jeden z najważniejszych portów w Ameryce Południowej. To właśnie tutaj przygotowywano wszystkie antarktyczne ekspedycje i rejsy mające na celu opłynięcie jakże tajemniczego w tamtych czasach – przylądka Horn. Nic dodać nic ująć. Choć dawna świetność i znaczenie już dawno minęły, Punta Arenas w dalszym ciągu ma w sobie tą tajemniczą aurę dawnych odkryć. Wejście do portu przy Avenida Independencia, do którego nadal przybijają statki z całego niemal świata stało się moim ulubionym miejscem podczas codziennych wędrówek w poszukiwaniu inspiracji.

Przechodząc niejednokrotnie przez główny skwer zwany Plaza Múñoz Gamero mijałam dawny pałac Sary Braun a obecnie monumentalny Club de la Unión i główną siedzibę potężnej Sociedad Menéndez Behety. Przy Avenida España moim ulubionym miejscem stał się kamienny zamek, a kiedy myślalam, że nic mnie już nie zaskoczy, zajrzałam do ośrodka kultury i muzeum historii regionu zwanego Casa Braun-Menéndez. Niesamowite miejsce i w dodatku można je zwiedzić zupełnie za darmo w każdą niedzielę.

Zawsze uważałam, że najlepszym sposobem na poznanie danego miejsca jest kontrolowane „zgubienie się” w nim. Punta Arenas idealnie wpisuje się w ten schemat. Takim własnie sposobem, włócząc się po mieście bez konkretnego planu, trafiłam na jeden z najpiękniejszych cmentarzy, jakie dane mi było kiedykolwiek zobaczyć. Cementerio Municipal to przypuszczalnie jedna z najbardziej fascynujących nekropolii Ameryki Południowej. Pełno tutaj niezwykle kolorowych i ekstrawaganckich nagrobków emigrantów z Wysp Brytyjskich, Niemiec, Skandynawii i byłej Jugosławii. A to wszystko w cieniu monumentalnych cyprysów i w promieniach zachodzącego słońca.

IMG_5274 IMG_5290

Po prostu koniec świata…

No Comments
  • Piszesz w sposób bardzo pouczający, Ty widzisz znacznie więcej niż przeciętny turysta.

    Lipiec 16, 2015
  • Zdjęcia powaliły mnie na nogi. Przepiękny skwer zwany Plaza Múñoz Gamero

    Wrzesień 30, 2015
  • Bardzo malownicze miejsce. Mam nadzieję, że kiedyś tam dotrę 🙂

    Listopad 12, 2015
  • Delikatny

    Eh, wygląda super. Marzy mi się jakaś podróż, ale chyba skończy się na kajakach na Pilicy – jestem od tego trochę uzależniony; )

    Grudzień 23, 2015

Leave a Comment

Your email address will not be published.