DROGA

Pojęcie czasu bywa względne. Wiemy o tym wszyscy, ale tylko Eistein potrafił wykorzystać tą wiedzę do zdobycia sławy. Teraz ja zawalczę o moje 5 minut w historii nauki. Właśnie odkryłam jak zakrzywić czasorzesteń i skurczyć miesiące do godzin lub odpowiednio je wydłużyć do lat.

Może niedokładnie o taki efekt mi chodziło, ale przecież największe wynalazki w dziejach ludzkości to niejednokrotnie zwykłe przypadki.
Z Patagonii wróciłam mniej więcej w połowie lutego. Od tamtego czasu zdążyłam już odwiedzić Holandię, pojeździłam też trochę po Polsce, a nawet znaleźć nową pracę i rozpocząć mozolne przygotowania do wyprowadzki za naszą zachodnią granicę. Działo się tak dużo, że z trudem znalazłam czas na rozpakowanie plecaka, z którym przecież tyle przeżyłam przemierzając patagońskie bezkresy, po sprzedaży roweru. Właściwie to gdyby nie fakt, oże potrzebowałam go podczas przeprowadzki, to pewnie do tej pory leżałby sobie spokojnie w korytarzu – pełen wspomnień, zasuszonych gałęzi i truchła południowoamerykańskich robaków.
Teraz jednak, kiedy w końcu (po niemal 3 miesiącach!!!) wypakowałam z niego zatęchły już lekko namiot, przedziurawiony materac, na którym spędziłam tyle bezsennych z zimna nocy, pobijany metalowy kubek czy resztki płatków owsianych, zdałam sobie sprawę, że dokonałam niemożliwego. Mieszkając w Warszawie pozostałam tak naprawdę w Patagonii.
Mówię o tym podczas niemal każdej rozmowy schodzącej na temat podróży, marudzę na festiwalowych prelekcjach, ale tak to już jest z tą częścią świata. Z niej się nie wyjeżdża. W niej się zostaje. Jeśli nie ciałem to z pewnością sercem. I choć zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo głupio i sentymentalnie to teraz brzmi, w dalszym ciągu nie potrafię wspominać tej podróży bez rozczulenia.
Gdzie tu jednak związek z zaginaniem czasoprzestrzeni zapytacie?
Otóż, patrząc z perspektywy wiecznego tułacza, to najdłuższe 3 miesiące mojego życia! Miesiące mimo wszystko bardzo intensywne bo wypełnione pracą, wyjazdami, spotkaniami, nowymi wyzwaniami. A jednak, kiedy patrzę na nie teraz, mam wrażenie, że od Patagonii dzielą mnie lata świetlne. To codzienne życie i obowiązki tak bardzo mnie pochłonęły. Mięśnie przestały boleć, zapasy tłuszczyku spalone na rowerze dawno wróciły do wcześnejszego poziomu, siniaki pięknie poznikały… I już tylko mój notatnik, wypełniony po brzegi nowymi nazwiskami, przypomina o wydarzeniach sprzed kwartału (!).
Z drugiej jednak strony te same miesiące upłynęły w tak niesłychanym pędzie, że tylko Speedy Gonsales mógłby zrozumieć o czym mówię.
Nadrabianie zaległości w pracy, kolejne wyjazdy i spotkania, zupełnie niespodziewana propozycja nowej pracy i związanej z nią emigracji … To wszystko oddaliło mnie od mojej kochanej Patagonii i JEDNOCZEŚNIE przyspieszyło dni do nanosekund.
Mając dużo czasu na ponowne przywyknięcie do codzienności, tak naprawdę nie miałam go wcale.
Blog zarósł pajęczynami. O zgrozo i wstydzie starszny!!!
Na szczęście wiosna za oknem. Nowa przygoda na horyzoncie to i porządki pora zaczynać.
Czas rozliczyć to co już było, a nowe życie rozpocząć tak jak nową książkę – z ciekawością i w oczekiwaniu na przygodę.
Kolejne posty będę już do Was pisać z Bawarii. No…. chyba, że zanim zarobię euro, i wygram jakieś euromillions. Wtedy napiszę z Polinezji :).
Wyjeżdżając do Ameryki Południowej wykorzystałam cały przysługujący mi na ten rok urlop. W Niemczech będę go zbierać od nowa, więc przez najbliższe pół roku nie mam co liczyć na żadne dłuższe wypady. Ale kto powiedział, że emigracji nie można potraktować jako takiego wypadu??
Nowa praca, nowe wyzwania, nowy kraj, NOWA PODRÓŻ. A co?!

No Comments

Leave a Comment

Your email address will not be published.