historie | podróże | slow life
212H
ŻYCIE BEZ STRAT

Czy trzeba znać języki, aby podróżować?

Założę się, że prawie każdy zna ten dowcip.

Stoi dwóch policjantów na ulicy gdy nagle podchodzi do nich zdenerwowany turysta. 

Do you speak English? – pyta 

Hęęęęęę? – odpowiadają stróże prawa. 

Sprechen Sie Deutch? – ponownie próbuje turysta.

Hęęęęęę? – tak samo inteligentnie reagują niebiescy. 

„Hablan Español?”, „Parlez vous français?” – cudzoziemiec nie daje za wygraną. W końcu jednak zrezygnowany odchodzi.

No widzisz Wiesiek… – mówi jeden z policjantów. Tyle znał języków, a i tak się nie dogadał. 

Ten stary suchar podsunął mi jednak pewną myśl. Czy warto znać języki obce? Bez wątpienia TAK. Na pytanie, czy trzeba znać języki obce, aby podróżować – odpowiadam jednak zdecydowanie NIE.

W pierwszym przypadku odpowiedź jest oczywista. Języki obce warto znać. Bo w dobie globalizacji łatwiej się wtedy żyje na świecie. Bo pani w szkole kazała. Bo mama i tata chcieli. Bo to jest modne. Bo trzeba było jakoś zdać maturę. Bo to prestiż. Bo nie wypada robić wielkich oczu, gdy jakiś obcokrajowiec zaczepi nas na ulicy. Bo tyle mamy żyć, ile języków znamy. Bo fajnie jest mieć zagranicznych przyjaciół. Bo znajomość języka obcego przybliża kulturę danego kraju. Bo w ten sposób poszerzamy horyzonty. Bo tak.

Podobno każdy może się nauczyć języka obcego. W sieci aż roi się od cudownych sposobów przyswajania nowych słówek i metod na opanowanie zagranicznej mowy w zaledwie kilka tygodni. Można uczęszczać na kursy w kraju lub wyjechać za granicę. Wachlarz możliwości jest naprawdę bardzo szeroki. Co do skuteczności poszczególnych metod, nie będę się wypowiadać. Każdy ma swoje – mniej lub bardziej efektywne.

Języki to podstawa

Odkąd tylko wyrosłam z pieluch, jak mantrę powtarzano mi „ucz się języków”. No to się uczyłam. W pewnym momencie stwierdziłam nawet, że całkiem to lubię i znajduję dziwną przyjemność w przyswajaniu nowych słówek. Tym sposobem potrafię się dziś dogadać w kilku miejscach na świecie. Wiele razy słyszałam też, że mam dobrze, bo dzięki znajomości języków mogę swobodnie podróżować dokądkolwiek tylko zapragnę i zawsze się dogadam. Nie zdołam natomiast zliczyć tych razy, kiedy ktoś mi mówił, że nie podróżuje bo mówi tylko po polsku i na pewno sobie przez to nie poradzi.

Nic bardziej mylnego

Języki pomagają, ale z pewnością nie stanowią jedynego wyznacznika predyspozycji do podróży. I na pewno nie powinny być przeszkodą w poznawaniu świata.

Nie znam przecież mandaryńskiego, a dwa razy byłam solo w Chinach. Nie mówię po norwesku, a wielokrotnie podróżowałam do Norwegii. Po węgiersku nie potrafię nawet wymówić dzień dobry, a Budapeszt to jedno z moich ulubionych miast w Europie. O Japonii też mogłabym opowiadać historie. Znam za to inne języki, które bez wątpienia zdały egzamin w Skandynawii. Nieco gorzej było na już Węgrzech, za to w Chinach nie przydały się praktycznie wcale. Co z tego wynika?

Otóż chcę Ci uświadomić, że tak jak w tym dowcipie, Twoja znajomość języków obcych musi iść w parze ze znajomością języków wśród tubylców. A przecież przeciętny Chińczyk nie ma obowiązku mówić po angielsku tylko dlatego, że Ty nim władasz. Tak samo jest z Japończykiem, Tajem, Białorusinem czy Brazylijczykiem. Prowadzi to do wniosku, że aby bez stresu wyjechać w podróż należy znać język kraju docelowego. Idąc tym tropem warto znać podstawy przynajmniej kilkudziesięciu języków, nie licząc nawet dialektów i regionalnych naleciałości. Przecież to kompletnie niemożliwe. I zupełnie bez sensu.

A teraz mały eksperyment myślowy

Przenieśmy się na chwilę do Ameryki Południowej. Zawsze Cię fascynowała i w końcu wybierasz się w upragnioną podróż. Znasz angielski i francuski. Znajomi, którzy nie mówią w żadnym języku, strasznie Ci tego zazdroszczą i ubolewają nad tym, że nie mogą tak podróżować. Bo przecież nie znają języków.

Wysiadasz na lotnisku i próbujesz złapać taksówkę. I tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt. Pan kierowca nie mówi po angielsku. O francuskim słyszał tylko tyle, że istnieje. Za to zna hiszpański. Szkoda tylko, że Ty go nie znasz. I co wtedy? Nic. Wystarczy, że pokażesz mu adres pod który chcesz dojechać i prawdopodobnie tak się właśnie stanie (prawdopodobnie, bo to w końcu Ameryka Płd. :)).

Kiedy rano spróbujesz kupić śniadanie na lokalnym targu wystarczy, że wskażesz palcem ulubiony owoc lub zwabiony zapachem wybierzesz coś z wózka od pobliskiego sprzedawcy. Nie musisz znać języka, żeby zdobyć to czego potrzebujesz. W dobie internetu, wszelkiej maści aplikacji na telefony, nawigacji offline i wielu innych cudów techniki naprawdę nie musisz się obawiać, że zginiesz. Czy na prawdę uważasz, że Ci wszyscy ludzie, którzy przemierzają świat wzdłuż i wszerz to sami poligloci? Spróbuj z resztą znaleźć np. na południowoamerykańskiej prowincji kogoś kto włada angielskim. Ba! Czasem możesz nie trafić na kogoś kto zna hiszpański. W końcu w Ameryce Południowej żyje wiele plemion indiańskich, dla których pierwszym językiem wcale nie była mowa Kolumba. Podobne przykłady można mnożyć i przekładać na grunt innych krajów czy kontynentów.

Samotnie w chińskim kotle

Pamiętam, gdy pewnego poranka wpadłam jak burza do chińskiego autobusu, który jechał w stronę mniej popularnego odcinka Wielkiego Muru. A w zasadzie miałam nadzieję, że tam jedzie, bo za chiny ludowe nie mogłam znaleźć właściwego przystanku. Po angielsku zapytałam kierowcę czy zmierza w owym kierunku. Popatrzył jak na wariatkę. Nie zrozumiał ani słowa. To było do przewidzenia. Wyciągnęłam więc z rękawa jedynego asa, jakiego miałam. Mutianyu – rzuciłam. Tak nazywał się fragment muru, do którego chciałam dotrzeć. Kierowca chyba nadal nie zrozumiał, ale jakaś pomarszczona kobieta siedząca tuż za nim już tak. Powiedziała coś szybko najpierw do niego, a potem do mnie i wskazała ręką wolne siedzenie obok siebie. Usiadłam i czekałam. Nie wiedziałam, co będzie dalej, ale na tym polega za zabawa. Podróż wiedzie Cię po nieznanych lądach. Czasem w niepewnym autobusie :). Po pewnym czasie stanęliśmy i ta sama kobieta zaczęła mi coś tłumaczyć. Nie rozumiałam ani słowa, ale czułam że tutaj mam wysiąść. Zanim dotarłam tam gdzie chciałam, czekało na mnie jeszcze kilka przygód, ale w końcu się udało. Bez znajomości języka, bez współtowarzysza podróży, bez przewodnika, w kraju gdzie zamiast liter stosuje się wymyślne znaczki.

Innym razem, gdzieś na tureckim pustkowiu natknęłam się na pasterza ze swoim stadem. Oglądałam wtedy zachód słońca nad okoliczną doliną. Nie znam tureckiego. On z kolei mówił tylko w tym języku. Wyciągnął więc rękę i powiódł dłonią nad horyzontem z pytającym „mmmmmm?”. Zrobiłam to samo – „mmmmmhhhmmmm”. Pytał czy mi się tu podoba. Odpowiedziałam, że tak. Bardzo.

Mowa ciała, gesty, mimika to język uniwersalny. Z nim zawsze i wszędzie trafimy do celu. Czasem zajmie to nieco więcej czasu, ale prędzej czy później zaprowadzi we właściwe miejsce.

Języków obcych warto się uczyć. Otwierają drzwi do serc zupełnie obcych ludzi. Jednakże brak ich znajomości nie powinien Cię powstrzymać od wyruszenia w świat. To sztuczna bariera, którą da się pokonać tylko w jeden sposób. Pojechać. I nie przejmować się brakiem znajomości języka. Kto wie, może dzięki temu przeżyjesz przygodę swojego życia?

Article written by:

Witaj! Mam na imię Edyta. Niektórzy nazywają mnie obieżyświatem albo blogerką, ale ja sama nie lubię się tak określać. Wolę za to mówić, że jestem dziewczyną, która spełnia swoje marzenia i zupełnie nie dba o to czy zmieściłaby się do jakiejkolwiek szufladki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x